Muse - 22.06.2019 | Tauron Arena Kraków | Simulation Theory Tour


Jedenaście lat słuchania i sześć zaliczonych koncertów rozpiętych na przestrzeni czterech różnych tras do czegoś obliguje, zwłaszcza gdy trio z Teignmouth postanawia wylądować w krakowskiej Tauron Arenie. Dlatego pomimo braku sympatii dla nowej płyty i kalifornijskiego synth-popu, w którego kierunku Muse niebezpiecznie zmierza, zakupiłam w przedsprzedaży bilet i wrzuciłam go do szuflady, odczuwając ekscytację dalece odbiegającą od tej towarzyszącej oczekiwaniu na pierwszy koncert w 2010. Do czasu.


Dopieszczony w każdym szczególe i idealnie dopracowany spektakl, w którym muzyczna wirtuozeria przeplata się z fenomenalną oprawą wizualną, trwał blisko dwie godziny; setlistę zdominowały oczywiście utwory z Simulation Theory - 8 spośród 25 wykonanych piosenek - z wyraźną nieobecnością Drones, reprezentowanym wyłącznie przez Psycho. To też pierwsza trasa (nie licząc rzymskiego koncertu), na której muzykom towarzyszy zarówno na scenie, jak i wśród widowni solidna grupa tancerzy. 


 Zgodnie z przewidywaniami, koncert otwiera alternatywna wersja Algorithm, przechodząca następnie w Pressure. Tych kilka minut w zupełności wystarcza, by zrozumieć, że utwory z Simulation Theory potrzebują innej przestrzeni i oprawy, by wybrzmieć w pełni. Podejrzewam, że obroniłyby się nawet bez przyozdobionych LEDowymi kombinezonami tancerzy z puzonami, ale czy ktokolwiek jeszcze ośmiela się wierzyć Mattowi, gdy po raz wtóry powtarza, że "tym razem poszliśmy o krok za daleko i następna trasa na pewno będzie zorganizowana z mniejszym rozmachem"? Raczej nie

Intro z Drill Sergeant zapowiada jedyny utwór z poprzedniej płyty, po którym znów wracamy do ST w rytmie Break It To Me. Na koncercie nie mogło też zabraknąć Uprising, które zawsze bezbłędnie porywa tłum. Nie zaliczyłabym Propagandy do moich ulubionych utworów z nowej płyty, ale koncertowa oprawa jest niesamowicie intrygująca (choć można byłoby się sprzeczać, czy celem tych wszystkich dymów nie jest aby zamaskowanie pewnych niedostatków w innych departamentach...). Podejrzewam, że to jeden z tych utworów, które na kolejnej trasie do setlisty nie wrócą - podobny los wróżę też Break It To Me.

I wreszcie powrót do korzeni: słyszałam już kilka razy Plug in Baby na żywo, ale nadal mam wrażenie, że to, co najprostsze, jest najlepsze. Bez szalonych wizualizacji, bez obezwładniających efektów specjalnych, to jedna z tych piosenek, która wyrywa wszystkich z siedzeń.


Chwila na złapanie oddechu pod postacią skomponowanego do "Gry o Tron" Pray i przejście do absolutnej wizualnej wirtuozerii - oprawa The Dark Side sprawiła, że nie sposób było oderwać wzroku od monumentalnego ekranu. Warto tu wspomnieć o dwóch szarych eminencjach, które choć zawsze towarzyszą Muse na koncertach, pozostają właściwie niewidoczne, a mają olbrzymi wpływ na całość tego spektaklu. Tom Kirk i Morgan Nicholls, chapeau bas. Głos Matta idealnie uzupełniał wizualizacje, tworząc - moim zdaniem - jeden z najlepszych momentów tego koncertu.

Nie byłoby koncertu Muse bez Supermassive Black Hole, któremu zawdzięczają na fali popularności pewnej wampirzej sagi wątpliwą popularność, nie byłoby też koncertu promującego tę płytę bez Thought Contagion. Potem koncertowy klasyk, czyli Hysteria, a następnie przemiłe zaskoczenie w postaci Unsustainable w nieco innej aranżacji - świetnie było sobie przypomnieć utwór, który otwierał koncerty podczas trasy The 2nd Law.

Dig Down jest na koncertach prezentowane w alternatywnej wersji gospel; to też ta chwila, kiedy widownia zgromadzona wokół wybiegu ma szansę zobaczyć mniej mobilnych Doma i Chrisa. Madness wypada w tej stawce chyba najsłabiej, zwłaszcza w kontraście do szalenie efektownego Mercy


 Druga część koncertu wyraźnie zrównoważyła początkową dominację utworów z nowej płyty; to właśnie wtedy zabrzmiało Time Is Running Out, a potem Houston Jam, w którym splatają się motywy z Futurism, Unnatural Selection i Micro Cuts. Już podczas poprzedniej trasy Muse sięgnęło ponownie po Take a Bow i jego dalsza obecność w setliście niezwykle cieszy (i dobrze rokuje na przyszłość - może pojawi się więcej takich perełek). Starlight jest kolejnym obowiązkowym punktem każdego koncertu; tu brakuje tylko jednego - towarzyszące piosence laserowe show, w pełni wykorzystujące całą przestrzeń Areny, może i było spektakularne, ale nadal nie sprawia, że brak tu Bellamy'ego z gitarą, a nie w roli wodzireja.
Zasadniczo i tak wszyscy wiedzą, kiedy śpiewać, a kiedy klaskać. A jak nie wiedzą, to szybko się przekonają. 


Algorithm przybliża nas do końca stawki, ale Muse wcale nie zwalnia tempa w kwestii fantastycznych wizualizacji. Oprawa tego utworu najbliżej oddaje ogólną stylistykę trasy i płyty, bardzo w klimacie "Łowcy Androidów" i lat 80., neonowych świateł i gier wideo.



Bliżej końca stawki uplasował się Metal Medley, w którym Muse w bardzo zgrabny sposób zamyka cztery utwory teoretycznie niepasujące do stylistyki bieżącej trasy, za to (chyba wcale nie skłamię), będące w czołówce ulubionych piosenek zwolenników twórczości z dawniejszych lat. Jako pierwszy rozbrzmiewa riff Stockholm Syndrome, potem (bardzo) okrojony instrumental z Assassin, skrócone wersje Reapers, The Handler, a wiązankę kończy New Born. Całość w towarzystwie upiornego, ale robiącego nieziemskie wprost wrażenie stwora imieniem Murph wynurzającego się zza sceny.


Już od przeszło dekady koncerty Muse kończą się z chwilą wybrzmienia ostatnich dźwięków Knights of Cydonia, nie inaczej było zatem w Krakowie. Kiedy opadła mgła i ostatnie konfetti, a ja z setlistą w kieszeni ruszyłam do wyjścia, nie miałam żadnych wątpliwości: pójście na ten koncert to była dobra decyzja. I żałowałabym, gdyby mnie tam nie było.

 W całym tym dopieszczonym widowisku brakło mi jednak tylko jednego: kontaktu z publiką. To nigdy nie była mocna strona Muse, ale tego sobotniego wieczoru miałam wrażenie, że są wyjątkowo daleko myślami od publiczności. 
Na szczególną uwagę za to zasługuje bez wątpienia wokalna forma Matta - na przestrzeni tych dziewięciu lat, kiedy miałam szansę obserwować ich na żywo, w sobotę wypadł bez wątpienia najlepiej. Gdyby jeszcze tylko tak wprowadzić chociaż kilka drobnych rotacji w setlistach, żeby fani przychodzący od dobrych kilku lat na koncerty nie mieli wrażenia, że bezustannie słuchają tego samego z opcjonalnym rozszerzeniem o piosenki z nowej płyty... byłoby idealnie ;)


Trofeum już w ramce ;)

Brak komentarzy :

Obsługiwane przez usługę Blogger.