Jarski Piątek #8 - Pizza (prawie) instant
Nie żebym liczyła, ale to chyba piąty raz gdy próbuję dziś coś napisać.
Cokolwiek tu nie znajdzie się na chwilę, w końcu ginie poganiane bezczelnym klawiszem backspace'a, bo nie wiem, brak weny, bo nie chcę na siłę, bo prosto, bo szybko, bo piasek pod powiekami już zgrzyta, bo jak widzę nazwę jakiejkolwiek miejscowości w języku angielskim to chcę ją przetranskrybować, bo sąsiedzi mają dość mnie i mojej trzody w postaci świstaka i krowy (odsyłam do: How Much Wood Would A Woodchuck Chuck? + How Now Brown Cow) która w przypływie frywolności rozpasa się w okolicach mojej poduszki.
Praktycznie rzecz biorąc zatem, bez pojawiających się tu zwykle kwiatków i bzdur o codzienności, narzekania i zachwycania głupotami na zmianę - zamiast wrzucić do koszyka instant pizzę, wrzućcie saszetkę instant drożdży. Taniej to. I zdrowiej. A i bicepsy urosną od gniecenia ciasta.
Jamie po prawdzie dodaje semoliny, ale i bez niej jest to jedno z najlepszych ciast jakie robiłam w domu. Jest chyba najbardziej zbliżone do ideału, którego poszukiwałam przez dłuugi czas. Robimy co następuje - mąkę przesiewamy, łączymy z solą. Cukier, drożdże i oliwę mieszamy z wodą i odstawiamy na chwilę. Wodę dodać do mąki, połączyć (można widelcem w pierwszym etapie) a następnie zagniatać aż utworzy gładką, sprężystą kulę. Wtedy wkładamy je do miski, przykrywamy suchą ściereczką i zostawiamy w spokoju na godzinę.
Kiedy ciasto nam rośnie możemy zdecydować, czy idziemy na łatwiznę i korzystamy z gotowego sosu pomidorowego czy robimy swój własny. Ja akurat wykorzystałam gotowca, więc miałam czas na, na przykład, reanimację umierających balkonowych Roślinek. Dwudziestostopniowy upał to za dużo, jak się okazuje, bo po przymrozkach które spędziły na balkonie były sprężyste i świeże jak nigdy.
Wyrośnięte ciasto należy zdzielić pięścią, potem wyrobić jeszcze raz i podzielić - albo na dwa niezbyt duże placki, albo jeden większy o średnicy ok. 30 cm. Na wierzch kładziemy co nam się podoba, a że to w końcu Jarski Piątek to tutaj klasyczna, z mozzarellą i ziołami.
Pieczemy 20-25 minut, w temperaturze w okolicach 220 stopni.
Ciasto nieźle poplecione
Latem Miasto przyspiesza.
Wydawałoby się, że właśnie teraz wszyscy powinni zwolnić; spowolnieni przez upał i pokryci lepkim...żarem spływającym z nieba ;-) A jednak wśród mieszkańców Dużego Miasta obserwuję wyraźną nerwowość. Zauważam niepokojąco wysoką liczbę przemieszczających się truchtem osób (a może to dlatego, że dzisiaj obciążona plecakiem i laptopem to ja szłam nieznośnie powoli), szturchanie przechodniów, ciamkanie z niezadowoleniem za Ludźmi Chodzącymi Powoli graniczy już z Głośnym Wyrażaniem Opinii, na przystankach jakby roi się więcej ludzi (a może to ten remont torowiska przy Bagateli?).
Nigdy nie lubiłam maja, czerwca, nigdy nie lubiłam upałów. Nadal nie lubię gdy słupek rtęci wędruje niebezpiecznie w górę, ale teraz jest w tym coś innego. Coś się dzieje. Jest ciepło, więc spacery po Podgórzu przeciągają się w nieskończoność. Jest ciepło, więc zdobycie siedzącego miejsca w ogródku na starym mieście graniczy z cudem. Jest ciepło, więc o 12:00 na Rynku zamiera ruch i 3/4 przebywających tam osób zadziera głowy do góry, zgadując z którego to okienka słychać hejnał.
Najbardziej lubię ten moment, gdy niczego nieświadoma idę sobie ulicą, nagle chcę zawrócić i naciera na mnie pięćdziesięcioosobowa wycieczka ;-)
Dziś - coś z cyklu robótki ręczne. Odkąd je wypatrzyłam na blogu Domowe Wypieki wiedziałam, że je upiekę; nie jest wcale aż tak trudne jak się to wydaje, a efekt wizualny - i smak! rekompensuje nawet dwukrotne zaplatanie, gdy w starannie poukładanych ciastowych frędzelkach zapanuje chaos.
na podstawie przepisu z bloga Domowe Wypieki
Ciasto:
- 25g świeżych drożdży (lub 14 g suszonych)
- 1 szkl. ciepłej wody
- 1/2 kostki masła
- 5 łyżek cukru
- 2 jajka
- 1/4 łyżeczki soli
- 4 i 1/4 - 4 i 1/2 szklanki mąki
Ze świeżych drożdży najpierw zrobić rozczyn (jeśli dajecie suche drożdże to rozpuścić je w wodzie). Następnie wymieszać z miękkim masłem, cukrem, jajkami solą i 2 szklankami mąki. Ubijać mikserem na małych obrotach przez około 3 minuty (można wymieszać drewnianą łyżką). Dodać tyle pozostałej mąki, żeby powstało miękkie ciasto i wyrabiać ręką. Następnie wyłożyć na posypany mąką blat i wyrabiać jeszcze przez 6-8 minut , aż będzie gładkie i elastyczne. Włożyć ciasto do lekko naoliwionej miski , przewrócić , żeby całe pokryło się warstewką tłuszczu. Przykryć i zostawić do wyrośnięcia na ok. 45 minut (do podwojenia objętości).
- 25g świeżych drożdży (lub 14 g suszonych)
- 1 szkl. ciepłej wody
- 1/2 kostki masła
- 5 łyżek cukru
- 2 jajka
- 1/4 łyżeczki soli
- 4 i 1/4 - 4 i 1/2 szklanki mąki
Ze świeżych drożdży najpierw zrobić rozczyn (jeśli dajecie suche drożdże to rozpuścić je w wodzie). Następnie wymieszać z miękkim masłem, cukrem, jajkami solą i 2 szklankami mąki. Ubijać mikserem na małych obrotach przez około 3 minuty (można wymieszać drewnianą łyżką). Dodać tyle pozostałej mąki, żeby powstało miękkie ciasto i wyrabiać ręką. Następnie wyłożyć na posypany mąką blat i wyrabiać jeszcze przez 6-8 minut , aż będzie gładkie i elastyczne. Włożyć ciasto do lekko naoliwionej miski , przewrócić , żeby całe pokryło się warstewką tłuszczu. Przykryć i zostawić do wyrośnięcia na ok. 45 minut (do podwojenia objętości).
Nadzienie owocowe:
Puszka brzoskwini w syropie
Brzoskwinie odsączyć z syropu, pokroić w kostkę.
Nadzienie serowe:
500g twarogu
2 jajka
4-5 łyżek cukru-pudru
1 łyżka cukru wanilinowego
1 łyżka suchego budyniu waniliowego
Wszystkie składniki wymieszać na gładką masę serową.
Kruszonka:
0,5 szklanki mąki
30 g masła
2 łyżki cukru
łyżka cukru waniliowego
Mąkę wymieszać z cukrem, dodać masło i posiekać, aż masło zmieni się w małe grudki, tak aby postała kruszonka.
30 g masła
2 łyżki cukru
łyżka cukru waniliowego
Mąkę wymieszać z cukrem, dodać masło i posiekać, aż masło zmieni się w małe grudki, tak aby postała kruszonka.
Po instrukcje montażu najlepiej zgłosić się na podlinkowanego wyżej bloga, bo instrukcja zaplatania jest tam czytelnie zilustrowana. Cytuję za autorką:
Wyrośnięte ciasto odgazować i podzielić na 2 części. Na posypanym mąką blacie rozwałkować każdą z części na prostokąt o wymiarach 38 x 23 cm. Przenieść na pergamin o podobnych wymiarach. Po środku , wzdłuż każdego prostokąta rozsmarować po połowie masy serowej.Następnie na masie serowej rozłożyć masę porzeczkową. (brzoskwinie w moim przypadku)
Po obydwu stronach ponacinać ok. 2,5 cm szerokości paski. Paski zakładać na przemian na siebie. Końce plecionek skleić i lekko podwinąć.
Po obydwu stronach ponacinać ok. 2,5 cm szerokości paski. Paski zakładać na przemian na siebie. Końce plecionek skleić i lekko podwinąć.
Przenieść na blachę , przykryć i zostawić do wyrośnięcia na około 20 minut. Przed włożeniem do piekarnika ciasto posmarować roztrzepanym jajkiem z łyżką mleka i posypać kruszonką. Piec w temperaturze 180 st.C. przez 25-30 minut , na złoto-brązowo. Smacznego!
Jarski Piątek #7 - Sałatka z rukolą i kiełkami
Aby uszczęśliwić studenta należy:
- Zapewnić mu trzeci długi weekend pod rząd.
- Zaprosić go na uczelnię tylko w celu napisania kolokwium.
- Ustalić zerowy termin egzaminu.
- Opcja czwarta dodatkowa - zapewnić rozrywkę w postaci dobrego koncertu
Żyję od koncertu do koncertu, od kolokwium do kolokwium, od spotkania do spotkania. Cieszę się z moich jedenastu żyjących surfinii i jednego najsilniejszego niecierpka, który przetrwał przymrozek.
Aha.
I nauczyłam się robić pranie.
Oczywiście wszystko tak pięknie tu wygląda i ten groszek cukrowy którego nie ma, a który możecie sobie zwizualizować. Byłam w kilku(nastu) sklepach ale tam, gdzie nie mają solonych orzeszków nawet nie pytałam o groszek. Ugotowałam do tego zamiennie zieloną fasolkę szparagową i przyznam, że ciepły akcent w sałatce był całkiem całkiem. Jeśli komuś się bardzo spieszy, wyszła mu musztarda/oliwa/cytryny lub wszystko naraz (bywa i tak) dopuszczalne jest :D użycie gotowego sosu (najlepszym tu pasującym będzie winegret czy wszystkie jego odmiany w różnych pisowniach). Też zjadliwe, choć niewątpliwie doznania smakowe już nie te same ;)
Jarski Piątek #6 - Racuchy bananowe z wiórkami
Cierpki, cytrusowy zapach mięty w popołudniowym upale. "Dallas '63" na kolanach w plamach leniwie przetaczającego się po niebie słońca. Sunący powoli po nieboskłonie samolot, nierealnie duży i tak, zdawałoby się, niebezpiecznie blisko nad koronami drzew. Lato w mieście.
Nie było mnie zaledwie tydzień, a Duże Miasto zmieniło się nie do poznania. Trzy czwarte osiedlowych trawników zaanektowały mlecze, zamieniając je w łąkę pełną puszystych piłeczek do ping-ponga. Po chodnikach tuż pod koronami wreszcie zielonych drzew błądzą ażurowe cienie. Na ławkach, przyozdobieni w ten gustowny rzucik, kontemplują życie osiedlowi mędrcy.
Całymi dniami siedzę na balkonie; z miłością przelewam mineralną wodą swoją pierwszą balkonową roślinkę, jak zawsze uważając że nadmiar wody uczyni ją tylko szczęśliwszą. Otwieram okna na oścież, by wpuścić nieco ciepła do wychłodzonego mieszkania; leżąc na balkonie czwartą godzinę z rzędu komponuję w myślach własną składankę, którą życzliwie obdaruję współmieszkańca z bliżej nieokreślonego sąsiedztwa, którego playlista zawiera trzy odtwarzane rotacyjnie utwory.
Przyzwyczajam się do lata w Mieście. A w kuchni rzucam się na egzotykę.
Nie było mnie zaledwie tydzień, a Duże Miasto zmieniło się nie do poznania. Trzy czwarte osiedlowych trawników zaanektowały mlecze, zamieniając je w łąkę pełną puszystych piłeczek do ping-ponga. Po chodnikach tuż pod koronami wreszcie zielonych drzew błądzą ażurowe cienie. Na ławkach, przyozdobieni w ten gustowny rzucik, kontemplują życie osiedlowi mędrcy.
Całymi dniami siedzę na balkonie; z miłością przelewam mineralną wodą swoją pierwszą balkonową roślinkę, jak zawsze uważając że nadmiar wody uczyni ją tylko szczęśliwszą. Otwieram okna na oścież, by wpuścić nieco ciepła do wychłodzonego mieszkania; leżąc na balkonie czwartą godzinę z rzędu komponuję w myślach własną składankę, którą życzliwie obdaruję współmieszkańca z bliżej nieokreślonego sąsiedztwa, którego playlista zawiera trzy odtwarzane rotacyjnie utwory.
Przyzwyczajam się do lata w Mieście. A w kuchni rzucam się na egzotykę.
1 jajko
3 banany
szczypta soli
1-2 łyżki cukru
500g mąki pszennej
50g świeżych drożdży
1,5 szklanki letniego mleka
szczypta soli
1-2 łyżki cukru
500g mąki pszennej
50g świeżych drożdży
1,5 szklanki letniego mleka
Kilka łyżek wiórek kokosowych
Mąkę przesiać, wymieszać z solą.W środku zrobić zagłębienie, wkruszyć w nie drożdże, zasypać je cukrem i zalać połową mleka.Odstawić na 10-15 minut do wyrośnięcia. Po tym czasie dodać resztę mleka, jajko i pokrojone w kostkę banany. Dosypać wiórki kokosowe w ilościach dowolnych i odpowiadających waszym upodobaniom :) Ciasto wyrobić, powinno mieć konsystencję nieco bardziej zwartą niż gęsta śmietana. Odstawić ponownie do wyrośnięcia na tyle, aby podwoiło swoją objętość. Smażyć placuszki dowolnej wielkości (ja zwykle nabieram ok. dwóch łyżek stołowych ciasta na jeden placek) układając ciasto na średnio rozgrzanym oleju i smażyć z obu stron na złoty kolor. Usmażone racuchy osączyć z tłuszczu na papierze śniadaniowym, podawać posypane cukrem pudrem.
Keep calm...Jarski Piątek #5 w kolorze nadziei
Matura 2012 to chyba najgorętsze w ostatnich tygodniach słowa. Już za plus minus dziewięć godzin ponad trzysta pięćdziesiąt tysięcy uczniów usiądzie, w uwierających koszulach wetkniętych w obcisłe spódnice lub sztywne garnitury ;-) aby zmierzyć się ze złośliwymi arkuszami CKE.
Mam wrażenie, że zaledwie wczoraj to JA piekłam dzień przed maturą puchowe ciasto z makiem próbując przypomnieć sobie ostatnich autorów (a tematu maturalnego, w dodatku sformułowanego tak niezrozumiale, i tak bym nie wymyśliła!), a tymczasem minął okrągły rok. Pięć miesięcy tego czasu to wakacje; pierwsza praca i nowe doświadczenia, pierwsze zakupy za zarobione samemu pieniądze (rozchodzą się podejrzanie szybko), to SMS z wynikami matury, po których się popłakałam, a której wynik był najlepszym przypadkiem w życiu, to wyprowadzka z domu i Duże Miasto, w którym wciąż uczę się żyć i truchtam za biegnącymi sprintem Rdzennymi Mieszkańcami, na których nawet piąta awaria tramwaju w tym tygodniu nie robi wrażenia.
Chcę wam życzyć, wszystkim którzy jutro rozpoczną swój pierwszy w życiu tak ważny egzaminacyjny maraton, połamania długopisów :), arkuszy banalnych, łaskawych egzaminatorów, samych ładnych obrazków na maturze z angielskiego, trzycyfrowych wyników i w efekcie, wymarzonych studiów.
A z perspektywy czasu szepnę tylko, jako bardzo nerwowa osóbka która fatalnie znosi wszelakie niepowodzenia...że maturalne przypadki są najlepszymi, jakie mogą Wam się zdarzyć. Ale ja, żeby to zrozumieć, musiałam wylać wiadro łez i pół roku to jakoś przetrawiać ;-)
Dziś jest coś banalnego, co pewnie znaczna część osób uzna nie za obiad, ale za przekąskę. Jak dla mnie - jest na tyle gorąco, że quesadilla to coś niezbyt obciążającego walczący z niespodziewanym gorącem organizm, łatwego do zrobienia gdy ciepło daje się we znaki na tyle że myśl o staniu przy garnkach przyprawia o zawrót głowy...
Pszenne placki tortilla
1 dojrzałe awokado
sól, pieprz, ostra papryka
50-70g sera żółtego (użyłam Edamskiego)
To chyba najprostsza z możliwych wersji. Jeśli chcecie, możecie zastąpić sproszkowaną ostrą paprykę pokrojoną w drobne kawałeczki papryczką chili bez pestek. Awokado pokroić w drobną kostkę, delikatnie skropić sokiem z cytryny. Na połowie placka wyłożyć awokado, posypać startym na tarce o grubych oczkach żółtym serem, posypać delikatnie solą, pieprzem i papryką. Podpiec na suchej, rozgrzanej patelni grillowej lekko dociskając drewnianą łopatką. Przewrócić na drugą stronę i piec jeszcze chwilę, do stopienia sera.
Chrupiąca sałatka. Na majówkę
Jak tam Wasza majówka?
Przy odrobinie szczęścia, wyrozumiałości, przebiegłości lub po prostu absolutnego prawa do bycia leniwym studentem, o którego higienę psychiczną przed sesją dbają władze, miało się tego wolnego do rozdysponowania aż dziewięć dni. (Naprawdę zostało już tylko sześć??) Trudno coś zrobić z takim natłokiem wolnego czasu, podarowanego tak kompletnie znienacka. Jedną z moich ulubionych aktywności podczas tej majówki jest jazda (samochodem :D), czytanie książek (po iście królewsku, może ktoś zgadnie?), spotykanie się ze znajomymi w środowisku naturalnym (czyli znów stawanie przed wyborem - pizzeria czy pizzeria? zamiast przebieranie w nieskończonych ulicach pełnych klubów) i wylegiwanie się przy otwartym oknie bądź pod brzęczącą koroną kwitnącej jabłoni.
Pewnie macie już swoje majówkowe grillowe menu; pewnie już część mięs się marynuje ;-) Ale proponuję, by w tym menu uwzględnić prostą, ekspresową sałatkę. Można ją przygotować w wersji bezmięsnej i potem zjeść z szaszłykami.
Przyprawa gyros
2 duże pomidory
Puszka kukurydzy
Puszka czerwonej fasoli
Główka sałaty lodowej
1 spory filet z kurczaka
1 bułka typu poznanka
Dressing 1000 wysp (używam Develey)
Kurczaka pokroić w kostkę, podsmażyć na niewielkiej ilości oleju i doprawić przyprawą gyros. Odstawić do przestygnięcia. Sałatę lodową porwać na kawałki, pomidora pokroić w kostkę. Do sałatki dodać odsączoną kukurydzę i fasolę, wymieszać z kurczakiem. Dodać sos w ilości odpowiadającej Waszym preferencjom. Na końcu przygotować grzanki - bułkę (dobre są te puszyste) pokroić w kostkę, podsmażyć do zrumienienia na maśle. Posypać sałatkę na końcu, by nie nasiąkły sosem.
Jeśli przygotowujecie ją wcześniej, zapakujcie sos w osobny pojemnik i wymieszajcie tuż przed podaniem z sałatą - nie stanie się miękka i nie straci chrupkości.
A słucham bez końca, podczas poranków bez snu...Ray'a.
Jarski Piątek #4 - Spaghetti z pulpecikami z ciecierzycy
Uff.
Mam wrażenie, że dzisiejszy dzień zaczął się o wiele wcześniej niż zaledwie dwanaście godzin temu. W międzyczasie zdążyłam spakować niebagatelną ilość rzeczy do torby podróżnej (kiedy się nauczę, że niepotrzebne mi są cztery pary butów na każdy wyjazd?), dwa razy przetrwać podróż MPK (a do tego raz w tramwaju którym wcześniej niechybnie podróżował również ktoś bardzo na bakier z higieną), upiec się w słońcu prażącym przez szybę autobusu, zdać ustny egzamin z fonetyki, trochę się powlec samochodem w klasycznym przed-długoweekendowym korku na drodze wylotowej z Dużego Miasta.
Gdy stwierdziłam wczoraj, że moi sąsiedzi mają już pewnie dość nękania ich notorycznym powtarzaniem materiału na zaliczenie (co miało miejsce około 23) odkryłam również, że TPSA (wróć! ORANGE!) uznała że na ten miesiąc to już za dużo pociągnęłam z łącza i trza mi ten Internet odciąć. No i odcięli.
Doraźnie chciałam przedzwonić linię (czasem jeden telefon ze stacjonarnego na komórkę pomaga) ale okazało się, że telefon również nie działa. W związku z brakiem rozrywek, położyłam się zatem spać. Rano też nie powrócił, a numeru na infolinię nie mam. I w Internecie raczej nie znajdę, skoro nie działa.
Dobrze, że wróciłam do domu. Siedzę sobie teraz, na swojej kanapie, z szklanką chłodnej herbaty w ręku i kuszącą wizją domowego placka drożdżowego w pamięci.
I wspomnieniem spaghetti w wersji lżejszej, ale równie smacznej :)
1 jajko
1 łyżka oliwy
3 ząbki czosnku
50g żółtego sera
2 łyżeczki oregano
2 łyżeczki bazylii
400g ciecierzycy w puszce
2 kromki białego chleba bez skórek
Do podania:
400g passaty pomidorowej
Makaron spaghetti w dowolnej ilości
Drobno pokruszony chleb, odsączoną ciecierzycę i starty na tarce o grubej oczkach ser wrzucić do blendera. Następnie dodać dwa posiekane ząbki czosnku, łyżeczkę oregano i łyżeczkę bazylii (można je zastąpić świeżymi ziołami, przez co tylko zyskają na smaku). Zblendować na względnie gładką masę, wtedy dodać rozbite wcześniej jajko i połączyć. Podzielić na niewielkie kuleczki (powinno ich być ok. 18), ułożyć na blasze posmarowanej oliwą z oliwek lub wyłożonej papierem do pieczenia. Piec przez ok. 15 minut w 200-220°C, obracając co jakiś czas.
W międzyczasie przygotować sos - rozgnieciony ząbek czosnku podsmażyć na oliwie, gdy lekko się zrumieni i zacznie pachnieć dolać passatę, a następnie dodać pozostałe zioła. Podgrzewać, doprowadzając do wrzenia a następnie wyłączyć.
Gotowe pulpeciki podawać z ugotowanym spaghetti, sosem pomidorowym - posypane na wierzchu startym żółtym serem.
Karmel, karmel, karmelizowane orzechy
Przedświąteczny zapach to nie tylko igliwie, makowce i arakowy aromat wydobywający się z misek w których kręcą się serniki.
Jeśli wyruszymy w plener i udamy się na jeden z wielu, tak łatwo teraz dostępnych i tak chętnie organizowanych, jarmark świąteczny, na pewno będzie tam unosił się zapach karmelizowanych orzechów. Potrafię krążyć, o czym przekonałam się w tym roku, przez kilkanaście minut po jarmarku tylko po to, by wdychać ten słodkawy, wręcz lepki od cukru i lekko przełamany cynamonem aromat. A potem kupuję, nie mogąc się zdecydować - migdały, nerkowce, ziemne? Papierowa torebka przyjemnie grzeje zmarznięte dłonie, oddając karmelowe ciepło skórze.
Pierwszy raz jadłam je na pewno na świątecznym jarmarku; posmakowały mi od razu. Potem spotkałam kilka razy wózki z prażonymi, karmelizowanymi orzechami na różnych festynach...zawsze można mnie było wtedy spotkać z papierową torebką w ręku, roztaczającą wokół słodki aromat ;)
A skoro już zrobiło nam się już tak bajecznie zimowo...dodam tylko, że ostatnio robiłyśmy je na święta Wielkanocne - kiedy to mało brakło, a poszlibyśmy święcić jajka w kożuchach. W każdym bądź razie, dzień wcześniej bardzo malowniczo padał śnieg :-)
A skoro już zrobiło nam się już tak bajecznie zimowo...dodam tylko, że ostatnio robiłyśmy je na święta Wielkanocne - kiedy to mało brakło, a poszlibyśmy święcić jajka w kożuchach. W każdym bądź razie, dzień wcześniej bardzo malowniczo padał śnieg :-)
Dziś mam ich jeszcze trochę na dnie przepastnego słoika; pachną wspaniale, mają grubą, chrupiącą karmelową otoczkę a w środku kryją włoskiego orzecha.
Tak. Trudno im się oprzeć ;-)
1/3 szkl wody
1 szklanka cukru
2 szklanki orzechów włoskich
Orzechy wsypać na suchą patelnię, chwilkę podprażyć. Zasypać cukrem, zalać wodą i wymieszać. Prażyć na wolnym ogniu aż się utworzy karmel stale mieszając. Potem jeszcze przez chwilę prażyć do momentu gdy woda odparuje, a cukier się skrystalizuje. Pozostawić do wystygnięcia. Albo i nie. Dajcie znać, jeśli komuś uda się nie poparzyć sobie twarzy ;-)
...spotkała mnie ostatnio przemiła niespodzianka. W Dniu Czekolady dostałam maila od Manufaktury Czekolady zgodnie z treścią którego mogłam sobie zaprojektować swoją wymarzoną tabliczkę. Manufakturę obserwuję od początku jej istnienia (prawdopodobnie), miałam w zeszłym roku okazję spróbować gorzkich czekolad - m.in z imbirem i solą morską. W tym roku zdecydowałam się na mleczną tabliczkę :-) W komponowaniu smaku (które swoją drogą, jest T A K I E wyczerpujące!) brały udział trzy osoby i efektem tego była - tadam - moja własna tabliczka z mlecznej czekolady, z truskawką, mango i ziarnami wanilii. Przesyłkę dostarczono mi w czwartek, a w sobotę miała swą premierę...z delektowaniem się, pomrukami zadowolenia i błogimi uśmiechami włącznie. :-)
Ta konkretna czekolada była perfekcyjna. Wszystkie MOJE ulubione smaki w jednej stugramowej, doskonałej tabliczce. Możliwość skomponowania własnego smaku jest czymś świetnym i bardzo polecam wypróbowanie tego patentu! Cieszy mnie niesamowicie fakt, że powstało takie miejsce jak Manufaktura Czekolady. Są z tego dwa - najważniejsze, bo pobocznych jest wiele - wnioski. Pierwszy - że są jeszcze ludzie, którzy nie boją się realizować swoich marzeń. Drugi - że mamy w Polsce miejsce, które wyobrażam sobie trochę jak fabrykę Willy'ego Wonki :-) w którym powstaje niebiańska czekolada.
P.S Opakowania są absolutnie urocze :-)
P.S 2 Dołączane do gorzkich czekolad fakty dotyczące ziaren kakaowca, roślin i ich uprawy wciąż są przyczepione magnesami do lodówki w moim mieszkaniu ;-)
Post ten nie jest postem sponsorowanym;chęć podzielenia się swoimi wrażeniami wypływa prosto z serca. :)
Jarski Piątek #3 - Ale jaja...
Na podły humor dobre są odwołane zajęcia.
I wycieczka na Lazurowe Wybrzeże, nawet jeśli jest ono oddalone o piętnaście minut od ścisłego centrum , i wystarczy tylko zejść z powrotem do poziomu miasta by wrócić do codziennego szumu i pośpiechu.
Ale najlepsze chyba są coraz śmielsze oznaki wiosny. Piękne są kule kwitnących drzew, najpiękniejsze jak zawsze nieśmiało wciąż rozkwitające magnolie. A tych, ku mojemu zaskoczeniu, w Dużym Mieście nie brakuje.
Słupek rtęci też pnie się jakoś coraz wyżej, coraz częściej dosięgając magicznych dwudziestu stopni. Dla mnie wystarczy, ale znaczna część znanych mi osób twierdzi, że to dopiero marna rozgrzewka przed tym co powinno nadejść ;) Tak czy inaczej, miło się w końcu pozbyć chustek, grubych płaszczy i kozaków. Zapomniałam już prawie jak to świetnie jest odbyć doroczny wiosenny maraton do apteki po plastry w ilościach hurtowych, bo wszystkie lżejsze buty od razu potwornie obcierają ;)
Dziś na obiad - coś z niczego, za to jakie pyszne. Klasyczne kotlety z jajek!
Kotlety z jajek
1 cebula
1 surowe jajko
2-3 łyżki bułki tartej
6-7 jajek ugotowanych na twardo
Pół pęczka posiekanego szczypiorku
Ugotowane na twardo jajka posiekać lub przecisnąć przez kratkę. Cebulę usmażyć na maśle na złoty kolor, dodać do posiekanych jajek. Do masy dodać surowe jajko i bułkę tartą oraz szczypiorek. Wyrobić gładką, dającą się uformować w kotleciki masę, dodając w razie potrzeby więcej bułki tartej. Doprawić solą i pieprzem do smaku. Z gotowej masy formować kotlety, obtaczać w panierce - najpierw w rozbitym jajku z solą i pieprzem, a potem w bułce tartej. Smażyć na niewielkiej ilości rozgrzanego oleju na złoty kolor, odcisnąć lekko na papierze śniadaniowym z nadmiaru tłuszczu. Najlepsze z sałatką :)
Ciasteczka bardzo migdałowe. Pięcioskładnikowe.
Te ciastka przypominają mi maturalną klasę, jedne z ostatnich lekcji WOKu i zadaną na nie pracę domową. Siedzieliśmy wtedy na podłodze, nad wielką płachtą niebieskiego brystolu, zajmując się bardziej wspominaniem poprzednich trzech lat i śmianiem przez ładnych kilka godzin, zamiast konstruktywną pracą - czego skutek był, jak można się łatwo domyślić, totalnym przerostem formy nad treścią. Pamiętam że z niecnych planów dokonania naprawdę przekonywującego plakatu wyszło całkiem przyjemne COŚ, co wymagało wielu słów by opisać naszą wizję artystyczną ;-) Było jednak coś niezwykłego w tym popołudniu; zmiennej marcowej pogodzie, niepokoju przed maturą, ostatnich chwilach spędzanych razem, bo mieszkaliśmy blisko, nawet gdy na co dzień istnieliśmy gdzieś obok siebie. Były też te ciastka; kruche od niezwykłej tekstury migdałowych płatków i z delikatnym maślanym posmakiem. Znikły wszystkie w ciągu kilkunastu minut, zanim nasze palce pokryła gruba warstwa olejnej pasteli, której, jak wiemy, najlepszym sposobem na szybkie rozprowadzenie na dużej powierzchni jest roztarcie paluchami ;)
100g masła
1 łyżka rumu
140g mąki pszennej
2 łyżki cukru pudru
50g migdałów bez skórki
Migdały podpiec na blaszce przez 3-5 minut. Następnie posiekać je (można i na grube kawałki, jak i na drobniejsze). Miękkie masło utrzeć na puszystą masę z cukrem pudrem, rumem i szczyptą soli. Następnie delikatnie wmieszać przesianą mąkę - można jej dodać nieco więcej, ciasto ma być miękkie ale swobodnie się rozwałkowywać na podsypanej mąką stolnicy. Na końcu do ciasta wgnieść migdały.
Ciastka można wykrawać na dwa sposoby w zależności od konsystencji ciasta - ja za pierwszym razem dosypałam tyle mąki, że najlepszym wyjściem było uformowanie z ciasta rulonu, zawinięcie go w folię i pokrojenie w plastry po schłodzeniu w lodówce.
Jeśli Wasze ciasto daje się rozwałkować, wycinajcie okrągłe kształty z ciasta grubości 4-5 mm.
Piec ok. 20 minut aż lekko stwardnieją - nie czekać, aż się zrumienią.
Ciastka można tuż po upieczeniu posypać cukrem pudrem i potem ponownie po ostygnięciu hojnie je posypać pudrem - albo tylko raz, delikatnie oprószyć. Wszystko zależy od Was :)
Od siebie dodam, że to chyba jedne z najlepszych migdałowych ciasteczek jakie jadłam - intensywne w smaku, kruche, sycące...po prostu pyszne.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)
Wasze ulubione posty
Szukaj na blogu
Archiwum bloga
-
►
2025
(8)
- ► października (1)
-
►
2023
(19)
- ► października (2)
-
►
2022
(31)
- ► października (3)
-
►
2020
(20)
- ► października (2)
-
►
2018
(33)
- ► października (3)
-
►
2017
(35)
- ► października (3)
-
►
2013
(27)
- ► października (1)
-
►
2012
(61)
- ► października (4)
-
►
2011
(65)
- ► października (3)