O książkach po prostu ważnych: "Obsesja Piękna" Renee Engeln

             Na „Obsesję Piękna” natknęłam się, o ironio, na Instagramie. O ironio dlatego, że przeglądanie Instagrama przywodzi ostatnimi czasy bardziej na myśl wejście do świata bliskiego rzeczywistości z filmu „Truman Show”, a piękno jest na platformie niczym więcej niż walutą przetargową. Centralną osią książki Renee Engeln również jest zagadnienie piękna, ale porusza je ona w zupełnie inny sposób: to nie jest dzieło o tym, jak skapitalizować własną urodę, ale jak oprzeć się wszechobecnej presji atrakcyjności. Bo chociaż naturalną reakcją otoczenia na nasze kiepskie samopoczucie względem własnego wyglądu jest stanowcze zaprzeczenie i utwierdzanie kogoś w przekonaniu, w jakim to tkwi błędzie, jednego nie zmienimy: w przypadku kobiet zdumiewająco często siła, intelekt i poczucie humoru mogą być co najwyżej dodatkiem do piękna.

            Renee Engeln pracuje na Wydziale Psychologii na Uniwersytecie Northwestern, gdzie głównie poświęca się badaniu zagadnień związanych z postrzeganiem własnego ciała, wymiaru atrakcyjności oraz jego znaczenia w życiu. „Obsesja piękna” to zbiór rozmów wspartych przeprowadzonymi przez Engeln na uniwersytecie badaniami; nie jest to może kwiecista, barokowa proza, ale porządna dawka solidnie przygotowanej, konkretnej literatury osadzonej na wiarygodnym, naukowym fundamencie. Nie wiem, czy podsunęłabym tę książkę młodszym nastolatkom, ale już nastolatkom starszym i młodym kobietom – na pewno. Jedyne, co zdecydowanie zasługuje na naganę, to korekta, a raczej jej brak: w książce jest mnóstwo literówek, podwójnych spacji i błędów interpunkcyjnych.

      Dominująca rola piękna w życiu praktycznie każdego z nas jest niezaprzeczalna, a znaczenie wpajanego nam od najmłodszych lat kultu piękna przynosi brzemienne skutki. „Jeżeli wpoimy młodym kobietom przekonanie, że ich najważniejszym atutem jest wygląd, mężczyźni (i inne kobiety) będą dokładnie wiedzieć, gdzie uderzyć, aby zadać cios najboleśniejszy dla psychiki. Świetnie ujęła to Erin: „Obrywasz w to miejsce, bo ono najbardziej się liczy. „Jesteś brzydka”. To najgroźniejsza broń, jaką można zaatakować kobietę”. Zgadza się z nią siedmioletnia Leigh – nawet ona już wie, że najgorsza rzecz, jaką można powiedzieć kobiecie, to: „Jesteś gruba i brzydka”. To nie przypadek, że kiedy kobiety mówią rzeczy, które nie podobają się mężczyznom, w odpowiedzi słyszą krytykę nie swoich poglądów, a wyglądu. To logiczna konsekwencja postrzegania kobiet jako przedmioty, nie jako istoty ludzkie.”
 

          Autorka porusza zagadnienie piękna w wielu rozmaitych wymiarach, pozwalając czytelnikowi zarówno odnosić się do własnych doświadczeń, jak i eksplorować obszary całkowicie mu obce - w moim przypadku bardzo blisko uderzył ten fragment: „To ciekawe, że powiedziałaś: „Przecież będzie już tylko gorzej”. Często zastanawiam się, jak to jest, że w naszym świecie kobiety osiągają największą władzę w tak młodym wieku. Ty nie masz jeszcze trzydziestki, a już czujesz, że znalazłaś się na równi pochyłej. Co w takim razie będzie dalej? Co, jeśli naprawdę już nigdy nie będziesz wyglądać lepiej niż teraz?”. 

           Myślę też – niestety – że wiele osób będzie w stanie zidentyfikować się z rolą przedstawioną w tym fragmencie: „Dorastając, Sasha dotkliwie odczuwała efekty takich porównań związanych z urodą. Po tym, jak kolejny raz rozminęła się z ideałem piękna, uznała, że najwyraźniej nie wolno jej być ładną. Postanowiła wycofać się z wyścigu o tytuł najpiękniejszej, ponieważ czuła, że nie miała w nim najmniejszych szans. Jak mówi: „Odpadłam. I postanowiłam odgrywać inną rolę w kontakcie z przyjaciółkami (…) byłam przyboczną. (…) Ludzie nie uważali mnie za ładną, ale za to byłam miła i zabawna (…)”. Renee wskazuje też jednak, że taka postawa jest głęboko zakorzeniona w szerokiej społecznej podświadomości, a nie bez winy pozostaje tu standardowo przemysł filmowy: „Analiza ponad 1000 postaci z popularnych programów telewizyjnych nadawanych w porze największej oglądalności wykazała, że szczuplejsze bohaterki znacznie częściej były pokazywane w związkach uczuciowych, a panie o bujniejszych kształtach częściej padały ofiarą żartów na swój temat”.  

         Podejście to jest cały czas napędzane przez media, a w dobie Internetu (i Instagrama) nie sposób przejrzeć jakiejkolwiek strony bez mimowolnego przyswajania informacji o rzekomym cellulicie na ciele dowolnej celebrytki czy nadprogramowych kilogramach gwiazd, których wahania wagi można zasadniczo odmierzać w gramach. Media napędzają tę machinę nienawiści, a Engeln przytacza jeden z najjaskrawszych przejawów takiego zachowania: „Strona Fox News zamieściła niedawno pokaz slajdów ze zdjęciami celebrytek, które nie miały idealnie płaskich brzuchów, i zaproponowała czytelnikom quiz „Ciąża czy burrito grande?”, który polegał na dokładnym przyjrzeniu się ciału każdej z kobiet i zadecydowaniu, czy została sfotografowana we wczesnej ciąży, czy po tym, jak zjadła lunch”. W oparciu o badania możemy dowiedzieć się dlaczego wytykanie osobom z nadwagą wcale nie sprawi, że nagle przejdą na dietę, czemu kampania Dove o „prawdziwym pięknie” jest, pomimo najszczerszych chęci jej autorów, właściwie szkodliwa, ale też o wpływie powszechnej obsesji na najmłodszych. Bardzo ważnych informacji dostarczają też fragmenty poświęcone stanom lękowym, depresji oraz zaburzeniom odżywiania; mam wrażenie, że osobom, które nie znają tematu od podszewki (i oby nigdy nie poznały), mogą one pomóc w zrozumieniu zmagających się z nimi osób. 

          Przytoczę tu jeden z fragmentów najlepiej obrazujących pewne zjawisko, a mianowicie fakt, że mechanizm piętnowania osób otyłych nie przynosi pożądanego skutku w postaci podjęcia przez nie radykalnych kroków, mających na celu redukcję masy ciała: „Zapytałam M.K. o jej opinię na temat pomysłu zawstydzania jako diety, o którym tak często słyszę. Potwierdziła wnioski z badań, które omówiłam powyżej – piętnowanie ciała bezpośrednio wiąże się dla niej z objadaniem i stanowi najgorszy sposób na schudnięcie. Moja rozmówczyni przyznała, że pierwszym odruchem, kiedy odczuwa wstyd, jest objadanie się, nie pójście na spacer czy przyrządzenie zdrowego posiłku. Kiedy się wstydzi, ma poczucie, że nie warto troszczyć się o ciało. Jak wyjaśniła: „W okresach wstydu i depresji nie wyskakujesz rano z łóżka, żeby przebiec się po okolicy i zjeść owsiankę z jagodami. Idziesz na pączka do Dunkin’ Donuts, bo czujesz, że nie ma dla ciebie nadziei. Wstyd wcale tej nadziei nie daje”.” 
        
       W podobnym tonie są spostrzeżenia jednej z rozmówczyń Engeln, niezwykle trafnie opisujących sytuację, w której potrafi się postawić chyba każda osoba, która śmiała przekroczyć próg siłowni bez stalowego sześciopaka na brzuchu: Niby wszyscy chcą, żebyś się ruszała, ale jak pójdziesz na trening, jest niezręcznie i nie dostajesz wsparcia. Są rozmowy i śmiechy, z którymi nie czujesz się dobrze. Masz wrażenie, że nie dasz rady – nie dlatego, że nie robiłaś tego nigdy wcześniej, a dlatego, że jesteś gruba (…) Potrafiłam łapać i odbijać piłkę, a jednak zawsze wybierano mnie na samym końcu, chociaż tydzień wcześniej wszyscy widzieli, jak gram. Zdobywałam więcej punktów niż inni, a jednak żadna drużyna mnie nie chciała. I tak co tydzień. Jakby nie potrafili zapamiętać, że jestem w tym dobra”.
 

       Sporo miejsca w tej książce poświęca się na rozważenie zasobów – zarówno finansowych, jak i czasowych oraz energetycznych – przeznaczanych na poprawianie własnego wyglądu. Zatrzymajcie się w tym miejscu na chwilę i zastanówcie: ile snu byście zyskały, gdyby nie konieczność porannego nałożenia makijażu, wyprostowania/zakręcenia włosów, zmiany stroju? Ja mogłabym spokojnie wstawać pół godziny później, ale nabyty w podstawówce kompleks bycia piegowatą „jak indycze jajo” nie wypuszcza mnie bez warstwy bazy, podkładu, korektora i pudru dalej niż do osiedlowego zieleniaka. Wiąże się to też z faktem, że regularnie - zwykle raz na dwa miesiące - zasilam kiesę koncernów kosmetycznych, uszczuplając własny portfel (a że w moim przypadku podkład musi zapewniać idealne zamaskowanie niedoskonałości, tani nie jest). Co jakiś czas wypuszczam się wprawdzie dalej, ale nie idzie mi najlepiej, a społeczeństwo też nie wspiera jakoś szczególnie entuzjastycznych tych starań, o czym również wspomina Renee: „Rezygnacja z makijażu nie jest tak prosta, jak twierdzą niektórzy. Chyba każdej kobiecie, która wyszła z domu nieumalowana, zdarzyło się usłyszeć: „Wszystko w porządku? Wyglądasz na zmęczoną”, a zachwyty nad naturalnym pięknem celebry tek śmieszą wiele pań świadomych, że uzyskanie takiego wyglądu wymagało zapewne co najmniej godziny pracy profesjonalnych makijażystów i zastosowania specjalistycznych produktów, o których większość z nas zapewne nie słyszała”.  

            Wiele miejsca poświęca się tu także społecznej nierówności w zakresie oczekiwań względem wyglądu kobiet i mężczyzn. To dla mnie szczególnie ważny temat, bo zasadniczo tylko od kobiet wymaga się, by była nie tylko inteligentna i zaradna – dopóki nie jest piękna, jest niekompletna; „Firmowe wytyczne (…) nakładały na mężczyzn jedynie obowiązek noszenia krótkich włosów, krótkich, czystych i niepomalowanych paznokci oraz nienoszenia makijażu. Kobiety pracujące za barem obowiązywała długa lista wymogów – wszystkie wiązały się z kosztami czasowymi i finansowymi. Konieczne było stosowanie pudru, różu, tuszu do rzęs i pomadki. Włosy miały być natapirowane, zakręcone lub ułożone i niespięte”

          Co gorsza, ten wyraźny podział jest nam wpajany od najmłodszych lat, co Renee przedstawia, przytaczając  dwa wyjątkowo jaskrawe przykłady: „W 2013 roku sklep Harrods znalazł się w ogniu twitterowej krytyki po tym, jak umieścił na wystawie działu z zabawkami dwie książeczki. Pierwsza, z dziewczynką wyciągniętą na łóżku, nosiła tytuł „Jak być uroczą”. Skierowany do chłopców odpowiednik miał na okładce chłopaka w triumfalnej pozie, stojącego za katedrą, i zatytułowany „Jak być sprytnym”.” Drugi przykład jest chyba jeszcze bardziej szokujący: „Przyjrzyjmy się skandalowi, jaki wywołało niedawno dziecięce body sprzedawane w sklepie Uniwersytetu Nowojorskiego. (…) Fioletowe ubranko dla dziewczynek miało napis: „Nie cierpię swoich ud”. Napis na przeznaczonym dla chłopców niebiesko-żółtym stroju z peleryną głosił: „Jestem super”.

            Engeln rozprawia się także z przejawami pozornej walki z obsesją piękna, m.in. rozkładając na czynniki pierwsze kampanię Dove, czy pochylając się nad piosenką Meghan Trainor: „Jednym z ostatnich przykładów jest przebój Meghan Trainor „All About That Bass”. Słuchacze zachwyceni piosenką uznali ją za hymn pozytywnego podejścia do ciała. Trudno jest nie ulec urokowi wesołej melodii i tekstu stwierdzającego: „Jesteś idealna w każdym calu, od stóp do głów”. (…) Ale coś tu nie gra: w doskonałym świecie kobiety nie powinny przejmować się, czy wyglądają „idealnie od stóp do głów”. A jeśli weźmiemy tekst serio, musimy zwrócić również uwagę na fakt, że piosenkarka może nie martwić się swoimi wymiarami jedynie dlatego, że „chłopcy lubią mieć za co złapać” i że ma „pupę, za którą wszyscy się uganiają”. Jeśli narracja o akceptacji kobiecego ciała nadal opiera się wyłącznie na tym, że mężczyzn pociąga dany typ sylwetki, nie można mówić o postępie. Czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy zamiast wyglądem mogły przejmować się intelektem i charakterem?”.

            Renee dosadnie wskazuje, jak duży wpływ na nasze codzienne funkcjonowanie mają obsesja piękna i pragnienie kontrolowania własnego wyglądu w każdych okolicznościach. „Sytuacja, w której codziennie musisz grać, zamiast po prostu żyć własnym życiem, stanowi obciążenie. Zmienia się. Sprawia, że poświęcasz energię na obserwowanie cudzych reakcji zamiast własnych uczuć, potrzeb i pragnień. Jednak im swobodniej się czujesz w danych okolicznościach, tym mniejsza powinna stawać się presja gry, tym większa wolność, aby po prostu żyć. (…) [Obsesja piękna] jest istotna ze względu na ból, jaki sprawia. Jednak ma znaczenie przede wszystkim dlatego, że trudno zmienić świat, kiedy koncentrujesz się na zmienianiu własnego ciała, skóry, włosów i stroju. Trudno myśleć o stanie gospodarki, polityki czy systemu edukacji, kiedy uwagę tak bardzo zaprząta stan fałdek, cellulitu czy makijażu. Na świecie jest wiele do zrobienia. Dążenie, by zostawić go lepszym, jest ważniejsze niż wygląd.”
 

            To wartościowa książka, która pozwala się zdystansować do świata bombardującego nas obrazami wizualnego ideału piękna, którego sensem istnienia jest wyłącznie cieszenie oczu innych. Opowieść pozwalająca na wyjście poza ramy tego, co widać w doskonale przyciętym i uszytym na miarę wizerunku, którego oczekuje od nas społeczeństwo – na dostrzeżenie intelektu, inteligencji, bystrości, czy niezwykłego poczucia humoru. Trudno jednak nadal przeskoczyć fakt, że wszystkie te cechy bledną, kiedy twoja twarz nie wpisuje się w kanon typowego piękna, a zatem proporcje w naszej rzeczywistości są całkowicie odwrócone – wszystkie te wymienione wartości mogą stanowić co najwyżej pewien dodatek do atrakcyjności. 

            W książce Renee przedstawia także kilka bardzo ciekawych społecznych projektów i inicjatyw, którym poświęciłam trochę czasu poza lekturą. Warto wspomnieć w szczególności o Cropped (wearecropped.com): „(…) stronie poświęconej spisanym w pierwszej osobie opowieściom o tych aspektach życia, których nie widać na wypielęgnowanych profilach w mediach społecznościowych. Można na niej przeczytać prawdziwe historie bez kadrowania obcinającego mniej reprezentacyjne fragmenty".
 
Wszystkie cytaty pochodzą z książki Renee Engeln, "Obsesja Piękna. Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiety".
Wydawnictwo: Buchmann
Liczba stron: 413
Rok wydania: 2018

3 komentarze :

  1. Moim zdaniem obsesja piękna od jakiegoś czasu jest po części spowodowana social mediami. Idealne zdjęcie, selfie, czy filmik na YT. Dążymy do perfekcji, bo tak wygodniej i lepiej. Też nie potrzebuję rano się malować. Dla mnie wszystko oprócz tuszu do rzęs i kremu do twarzy z kosmetyków upiększających, mogłoby nie istnieć. Fakt, czasami trzeba się poprawić, ale takie obsesyjne wpadanie w manię idealnych ciał, buź, domów, kalendarzy, organizacji czasu i innych kategorii życiowych jest chore. Może chaotycznie to napisałam, ale bardzo poruszył mnie Twój wpis, a książka może być ciekawa, choć pewnie widząc te literówki będę miała ochotę rzucić nią o ścianę. :D Pozdrawiam, Marta z MLS.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy spowodowana, ale media społecznościowe na pewno się do niej wydatnie przyczyniają. To takie miejsce, w którym bardzo łatwo jest uzyskać dostęp do wielu korzyści, kapitalizując swoją urodę. Przychodzi mi tutaj na myśl cytat, który zapamiętałam z filmu The Neon Demon z Elle Fanning: "I can't sing, I can't dance, I can't write... no real talent. But I'm pretty, and I can make money off pretty." Ale media napędzają dokładnie to, o czym wspominasz - pogoń za nieosiągalną perfekcją w każdym aspekcie życia. Projekt 'we are cropped' bardzo dobrze pokazuje, że istnieje też rzeczywistość poza ramką Instagramowego zdjęcia - i często nie jest ona tak śliczna, jak mogłoby się wydawać.
      Ja akurat się maluję(i to, wydaje mi się, dość konkretnie), ale bywają dni, kiedy mam tego serdecznie dość. Chciałabym wtedy znaleźć tyle odwagi, żeby stwierdzić, że olewam temat i idę do ludzi bez domalowanych kości policzkowych ;).

      Polecam mimo wszystko, trzeba popatrzeć ponad tę miejscami koślawą formę i dotrzeć do sedna, bo warto :-)

      Usuń
    2. Ten projekt może w końcu troszkę zmieni tą Insta rzeczywistość, zobaczymy :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.