Babia Góra | 03.07.2019


W ubiegłym roku okazało się, że wędrówki po górach chyba mają szansę dołączyć do moich ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu, a po krótkim rozeznaniu na ten rok zaplanowaliśmy między innymi wyjście na Babią Górę. Wiedząc, że sama góra potrafi zaskoczyć zaiste kobiecymi humorami i nagłymi zmianami pogody, obserwacje przewidywań meteorologicznych zostawiłam innym :D. Wyjść i zejść udało się przy pięknej pogodzie (choć na szczycie wiało oczywiście niemożebnie), a do tego szliśmy w środku tygodnia, więc na szlaku spotykaliśmy pojedynczych wędrowców.



Nie jestem wytrawnym turystą (zdrowego rozsądku nieco jednak mam, spokojnie), ale wyjście na Babią nie powinno przysporzyć większych problemów osobie o średniej nawet sprawności fizycznej. O wiele bardziej męczące od wejścia jest zejście, zwłaszcza pod sam koniec - mówiąc wprost, łydy drą jak szalone, więc w sumie więcej przystanków robiłam w drodze powrotnej. Szlak jest dobrze przygotowany, kamienie śliskie robią się w zasadzie tylko po deszczu i przy dużej wilgotności powietrza. Na pewno trzeba się na Babią ubierać warstwowo (ale to w zasadzie jak zawsze w góry). Jak już wspominałam, od wyjścia zza ostatnie połacie kosodrzewiny wieje okropnie i jest to wiatr naprawdę przenikliwy, nawet przy pozornie wysokiej temperaturze na początku szlaku. W moim przypadku świetnie sprawdził się softshell i cienka bluza pod spodem. Ważna rzecz: oprócz oczywistości typu peleryna przeciwdeszczowa, chusta/czapka z daszkiem to rzecz obowiązkowa. W dniu naszego wejścia było słonecznie, ale to wiatr skłonił mnie do zawiązania chustki na głowie. I jeszcze: pomadka ochronna, o ile nie chcecie skończyć tak jak ja, z koszmarnie spierzchniętymi ustami ;)


Ruszyliśmy z Przełęczy Krowiarki - tu też zostawiliśmy samochód (swoją drogą to chyba jedyny zalecany w tym przypadku środek transportu) na parkingu znajdującym się nieco poniżej tego tuż przy wejściu na szlak. Koszt postoju przez cały dzień to 15 zł, a przy odrobinie szczęścia można zaparkować się w cieniu drzew ;). Dość późno weszliśmy na szlak, bo około 12, ale całe wyjście i zejście zajęło nam łącznie pięć godzin, wliczając przystanki i odpoczynek na górze. Warto pamiętać też o tym, że o ile nie kierujecie się w stronę schroniska Markowe Szczawiny, na Babiej nie ma zasadniczo żadnej turystycznej infrastruktury ;)


Widok z Sokolicy - na każdym właściwie etapie wędrówki wokół roztaczają się piękne widoki, ale zawsze rozbrajają mnie te połacie lasu. I to, co wyjątkowo w górach lubię - przesuwające się leniwie po niebie chmury i wędrujące tuż za nimi cienie.


I z rzeczy technicznych: licząc na dobrą pogodę wyszłam na szczyt w zwyczajnych sportowych butach (ale z grubymi podeszwami). Nie miałam na szlaku sytuacji, że czułam się niebezpiecznie czy miałam wrażenie, że mam buty totalnie niedobrane do sytuacji. Patrzyłam, gdzie stawiam stopy, i to wystarczyło - choć na pewno duże znaczenie miał też fakt, że było sucho i ciepło. Nie zabierałam też superplecaka do zadań specjalnych; worek na grubszych sznurkach sprawdził się idealnie, bo praktycznie nie czułam go na plecach, a pomieścił wszystko, co było mi potrzebne.

1 komentarz :

Obsługiwane przez usługę Blogger.